OHP LogoOCHOTNICZE HUFCE PRACY

Mazowiecka Wojewódzka Komenda

 
obrazek
Aktualności Komunikaty Przetargi Projekty EFS Kontakt

Poskromienie raptusa

Wojtek Kozłowski
 

Wojtek Kozłowski – lat 16, gimnazjalista, w OHP od września 2010. Praktyki w zawodzie: mechanik. Pasje: motocykle, motocross, motoryzacja, ale nie pogardza też wyczynową jazdą na rowerze. Osiągnięcia: dwukrotnie zdobyty tytuł Mistrza Polski Strefy Zachodniej w motocrossie. Jest typem samouka i jak go coś ciekawi, wiedzę o tym czymś łapie w lot, gorzej z wiedzą potrzebną, ale nudną… oj, wtedy jest ciężko.
Uzdolnienia: „analiza i synteza” czyli najpierw rozebrać coś na części, a potem poskładać i to nie koniecznie tak samo, grunt żeby działało. Lubi naprawiać i wymyślać nowe konstrukcje. Lubi też poczuć w żyłach mocne uderzenie adrenaliny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Zacznijmy od początków twojego zainteresowania mechaniką czyli kiedy, jak i dlaczego się ono pojawiło?
Z mechaniką miałem do czynienia od dziecka. Mój tato jest mechanikiem i od kiedy sięgnę pamięcią, ciągle coś naprawiał. Cała wieś się do niego schodziła,. gdy coś komuś się zepsuło i nie ważne czy to motor, samochód czy wieża. A dodam, że tato jest samoukiem.
No więc i ja też dość szybko poszedłem w jego ślady i złapałem bakcyla naprawiania. Kiedy do domu trafił jakiś zepsuty sprzęt, to zaraz go oglądałem, rozkręcałem i próbowałem poskładać po swojemu.
Kiedy miałem 10 lat po raz pierwszy udało mi się stworzyć swoją autorską konstrukcję. Z dwóch starych, nie jeżdżących rowerów babci, zrobiłem jeden, który jeździł. Inna sprawa, że konstrukcja pozostawiała wiele do życzenia. Najpierw nie zespawałem kierownicy z mostkiem, potem znów przyspawałem na sztywno widelec do ramy. Nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać, że dość mocno utrudniało to jazdę.  Ale po nitce do kłębka i w końcu udało mi się skorygować defekty. Na rowerze jeździło się całkiem nieźle i całkiem oryginalnie się na nim prezentowało, bo rower zamiast zwykłej, miał kierownicę od samochodu.

 

 

Mam teraz mniej więcej obraz jak z Wojtka zrodził się Pomysłowy Dobromir, a jak powstał rajdowiec?
Jakoś w tym samym czasie czyli tuż po 10 urodzinach rodzice kupili mi skuter. Opanowanie jazdy na skuterze okazało się pestką. Po chwili już szalałem jeżdżąc na tylnym kole i po okolicznych wertepach, ale wiadomo skuter ma swoje ograniczenia. Moi rodzice widząc jaką frajdę sprawia mi „motoakrobatyka”, rok później sprezentowali mi pierwszy motocykl crossowy. Był co prawda używany, ale nie przez byle kogo, tylko przez samego Mistrza Polski w motocrossie.

 

 

Rozumiem, że od razu wskoczyłeś na niego i śmignąłeś z prędkością światła?
Wstyd się przyznać, ale nie. Miałem cykora, żeby nim ruszyć. Kiedy więc tato zabrał mnie i siostrę na ściernisko, żebym mógł po raz pierwszy wypróbować maszynę, to najpierw wysłałem siostrę. Dopiero gdy zobaczyłem, że ona sobie jakoś radzi, zaryzykowałem – przecież nie mogłem być gorszy (śmiech) – wsiadłem i ruszyłem.

 

 

I pewnie, jak już ruszyłeś…
… to praktycznie nie dało się już mnie z niego ściągnąć. Po dwóch miesiącach wystartowałem na swoich pierwszych zawodach motocrossowych w Sochaczewie.

 

 

Ukończyłeś zawody?
I to na 16 miejscu na 20. Cieszyłem się, że mimo wszystko, to znaczy mimo prawie żadnego przygotowania, nie byłem ostatni. Po tych zawodach tato postanowił opłacać mi trenera jazdy. Został nim Łukasz Kurowski, Mistrz Polski ENDURO i zdobywca II miejsca w motocrossie w Europie.

 

 

Treningi pod okiem mistrza zaowocowały zwycięstwami na rajdach?
Nie od razu. Na początku było wręcz przeciwnie. Na pierwszym zgrupowaniu w Gdańsku, po półrocznym ćwiczeniu jazdy, nic mi nie szło. Zniechęciłem się trochę wówczas, ale się nie poddałem. Potem było kolejne zgrupowanie, tym razem znów w Sochaczewie i tam z kolei złapałem dzwona.

 

 

Dzwona?
Wywaliłem się dość groźnie, przefikołkowałem z motorem. Skończyło się na złamanej ręce.

 

 

Czyli z jazdy nici?
Owszem. Przez osiem tygodni ręka w gipsie, a potem miało być jeszcze półtora miesiąca rehabilitacji.

 

 

Jak to miało być? A nie było?
Nie chciałem czekać. Jak więc tylko zdjęli mi gips, postanowiłem wsiąść na motor. Prowadzenie motoru bolało nieziemsko. Łzy stawały mi w oczach, ale nie dawałem się. Po pięciu okrążeniach na torze crossowym, wiedziałem, że wróciłem do branży.

 

 

To złamanie, to mam nadzieję jedyne „rany” odniesione w boju?
Jeśli nie liczyć wstrząsu mózgu z wyścigów w Paprotni i przestawionego kręgu, to wszystkie.
Po tych dwóch kolejnych urazach, lekarze zabronili mi jeździć minimum przez pół roku. Wolne żarty.

 

 

Za każdym razem sobie tak lekceważysz sprawę rehabilitacji?
Cóż, to nie jest sport dla miękkich, nie ma że boli, trzeba ćwiczyć nie tylko ciało, ale i ducha. I nie można sobie pozwolić na zbyt długie przestoje w treningach, bo się wypada z gry.

 

 

A co będzie, jak przeholujesz i skończysz na wózku inwalidzkim?
Gdybym o tym myślał, to pewnie w ogóle nie wsiadłbym na motor. Dopóki jednak mogę jeździć na motorze, a nie na wózku, chcę tę możliwość wykorzystać jak najpełniej.

 

 

Zero strachu?
Pokonałem swój strach już dawno temu. Strach ogranicza.

 

 

Co zatem udało Ci się już osiągnąć w tym sporcie dla twardzieli?
Trzy lata temu w pierwszych zawodach po złamaniu ręki wystartowałem w Mistrzostwach Polski PZMOT na Hondzie CR85. Na 53 zawodników byłem 20. Rok później na Mistrzostwach zająłem już 12 pozycję, a na następnych ósmą. Potem były Mistrzostwa Strefy Polski Zachodniej w Łodzi, gdzie zdobyłem tytuł Mistrza Polski Strefy Zachodniej i obroniłem go znów po roku. W międzyczasie jeździłem też dwa miesiące w Stanach Zjednoczonych, na Florydzie. Na 39 zawodników byłem piąty. No i tym samym mam nie tylko polską licencję zawodnika, ale również amerykańską.

 

 

Ze Stanów przywiozłeś też dwa motory CRV150RB?
Tak, kupiłem je tam prawie o 70 proc. taniej, niż zapłaciłbym w Polsce. Żeby nie płacić cła po prostu rozebrałem je na części i wysłałem do domu pocztą.

 

 

Cwane.
Tyle, że potem musiałem je błyskawicznie składać. Ze Stanów wróciłem do Polski w czwartek, a w piątek dotarł pocztą pierwszy motor. Tyle że w sobotę był rajd, w którym chciałem wziąć udział, więc musiałem intensywnie pracować, żeby mieć na czym jechać.

 

 

Widać więc, że z zawodów na zawody osiągasz coraz lepsze pozycje i jeździsz na coraz mocniejszych maszynach.
Fakt, ostatnio jeździłem na 250-ce, ale już wydaje mi się, że jest dla mnie za słaba. Choruję teraz na 450-kę.

 

 

Zgodnie z powiedzeniem, że w miarę jedzenia apetyt rośnie, pewnie również rosną twoje ambicje odnośnie motocrossowych osiągnięć?
I tak, i nie. Tak - bo z jednej strony wiadomo, człowiek chce się rozwijać, osiągać coraz lepsze wyniki, a nie – bo też znam swoje ograniczenia. Jeżdżę dopiero od 4 lat, a są tacy, którzy w moim wieku mają za sobą już 10 lat treningów i o wiele większe umiejętności.
Lubię motocross, lubię adrenalinę, której porządny zastrzyk dają mi każde zawody. Poza tym ten sport zdecydowanie łagodzi moją wybuchowość. Wcześniej był ze mnie straszny raptus, byle co potrafiło mnie nakręcić, sprawić, że wybuchałem, od kiedy jednak uprawiam motocross, jest z tym znacznie lepiej. A zatem nadal pewnie będę jeździł i brał udział w rajdach, tyle że marzy mi się raczej bycie trenerem i mechanikiem, niż zdobywanie kolejnych tytułów. Najbardziej to chciałbym mieć syna, którego w wieku 4 lat wsadziłbym na motor i uczył jazdy.

 

 

I pewnie jako mechanik skonstruowałbyś dla niego jakąś supermaszynę?
Pewnie też. Na razie jednak kombinuję jak zrobić motocykl do crossu z koszem. To byłby taki kosz, w którym by się stało, a nie siedziało. Poprzedniej zimy zrobiłem opony do jazdy po śniegu, więc może i to też mi się uda.

 

 

Opony do jazdy po śniegu?
No tak. Wkręciłem w opony śruby zamiast kolcy. Co prawda trochę z tym pracy było, bo należało się przewiercić przez każdą kostkę w oponie i dopiero potem można było wkręcić w nią śrubę. A w sumie to bagatela 570 sztuk na jedno koło. Jednak efekt był satysfakcjonujący. Bez trudu śmigało się po lodzie.

 

 

Kiedy tak cię słucham, to mam zagwozdkę. Bo słyszę, że w lot łapiesz różne informacje, jesteś pomysłowy i potrafisz dążyć do celu, a w szkole jednak idzie ci dość marnie, masz trudność, by skończyć gimnazjum. W czym tkwi problem?
Chyba w tym, że szkoła po prostu jest nudna albo może że większość naprawdę interesujących mnie rzeczy jest poza nią. Wiem, że gimnazjum muszę skończyć, bo jest taki przymus, ale nie wiem czy później jeszcze gdzieś pójdę uczyć się dalej. Bo po co? I tak tego, czym chcę się zajmować uczę się sam i to dużo szybciej niż miałoby to miejsce np. w zawodówce. Ale na razie spokojnie, nie mówię: „nie”, zobaczymy, może z czasem uznam jednak, że szkoła jest mi do czegoś potrzebna (śmiech).

 

 

 

Rozmawiała: Izabela Marczak

drukuj stronę

Mazowiecka Wojewódzka Komenda
ul. Gałczyńskiego 4, 00-362 Warszawa
tel: (022) 827-21-54, 827-62-50, 862-32-17 fax: (22) 827-63-91
mazowiecka@ohp.pl
BIP

Młodzieżowe Centra Kariery   Mobilne Centra Informacji Zawodowej   OHP Dla Szkoły   Nadzór nad Ochotniczymi Hufcami Pracy
sprawuje Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Informacje o OHP
Inne serwisy
Na skróty - linki
Stronę internetową przygotowuje Mazowiecka WK OHP (napisz do nas). Prawa autorskie zastrzeżone © 2004