OHP LogoOCHOTNICZE HUFCE PRACY

Mazowiecka Wojewódzka Komenda

 
obrazek
Aktualności Komunikaty Przetargi Projekty EFS Kontakt

PATRZĄC W PRZYSZŁOŚĆ WIDZĘ DAKAR

Jakub Gwara - pasjonat motoryzacji, rajdowiec, uczestnik mazowieckiego OHP
 

Jakub Gwara – lat 18. Choć jego dom rodzinny znajduje się w Chorzelach (dawne woj. ostrołęckie), to od blisko trzech lat mieszka w Warszawie. Tu uczy się zawodu i uczestniczy w programach OHP. Ma trzy siostry i jednego brata, sam jest najmłodszy z rodzeństwa. Jego pasją jest motoryzacja. Z nią też powiązał naukę swojego przyszłego zawodu, kształci się bowiem w fachu - mechanik pojazdów samochodowych. Praktyki zawodowe odbywa, w warszawskim warsztacie na ul. Jutrzenki, który specjalizuje się w naprawianiu motocykli. Tu Jakub jest w swoim żywiole, jest zafascynowany motorami. Dzięki swojemu nauczycielowi zawodu, który dobrze rozumie fascynację pędzącymi maszynami, Jakub może realizować swoje zainteresowania. Nie dziwne więc, że marzenia Jakuba też krążą wokół tego samego tematu. Marzy o ujeżdżaniu szybkich jednośladów, które w rezultacie właściwej pielęgnacji i tresury pokonają dla niego każdą trasę i przekroczą każdą metę. Dotychczas brał już udział w kilku młodzieżowych rajdach Enduro, Cross-Country i Motocross, ma nadzieję, że te najlepsze i największe motocyklowe trasy jeszcze przed nim.

 

 


Łubienica. Kuba zmaga się z górami piachu. Piach i błoto sprawiają, że jazda staje się praktycznie nie możliwa.
Izabela Marczak:
Twój pierwszy motor?
Jakub Gwara: Java 50. Żeby go kupić pomagałem przy pracach sezonowych na wsi i odkładałem każdy grosz. Potem jeszcze siostra się trochę dołożyła i w końcu się udało. Kosztował co prawda tylko 200 zł, ale miałem wtedy 13 lat i o taką sumę nie było łatwo.
Jak więc już go kupiłem, to byłem strasznie dumny. Inna sprawa, że aby nim dwa dni pojeździć, trzeba było posiedzieć ze trzy na bieżąco go naprawiając, ale jeździć się dało.

 

 

Skąd Ci się wzięła ta fascynacja motocyklami?
Kolega z sąsiedztwa mnie zaraził. Miał WSK czyli w naszym tłumaczeniu Wiejski Sprzęt Kaskaderski i dawał mi nią pojeździć. Kiedy pierwszy raz wsiadłem, od razu ruszyłem. To było coś. Z czasem polubiłem także grzebanie przy jej naprawach, w efekcie można więc powiedzieć, że na dobre złapałem motoryzacyjnego bakcyla.

 

    

Kuba o zmaganiach na trasie: „Po 30 upadku przestałem liczyć, ile razy mi się to zdarza”
A jak ten bakcyl przerodził się w uczestnictwo w rajdach?
Ooo, to już dłuższa historia. Był najpierw pierwszy motor, potem drugi – też Java 50 – a później miałem przerwę. Musiałem sprzedać dwa kółka i skupić się na innych rzeczach. Nieszczególnie przykładałem się wówczas do nauki i perspektywy na przyszłość zaczęły kiepsko wyglądać. Sprawy w swoje ręce wzięła moja mama. Mama słyszała o OHP, sama zresztą w młodości z pomocy OHP korzystała. Zaproponowała, żebym i ja dał sobie pomóc, zapisał się tam i zdobył jakiś zawód. Stanęło więc na tym, że przyjadę do Warszawy, gdzie  od kilku lat mieszkały już moje siostry, zamieszkam u nich, zapiszę się do OHP i spróbuję skończyć zawodówkę. Oczywiście musiała wiązać się z motoryzacją. I tak też się stało. Ponieważ nauka zawodu nie polega tylko na chodzeniu do szkoły, ale również na zdobywaniu umiejętności praktycznych, musiałem zacząć „pracę” w jakimś warsztacie.
Miałem niebywałe szczęście, że trafiłem do P. Leszka Gontarczyka - człowieka, który dobrze rozumie fascynację motocyklami, zna osobiście największych polskich mistrzów w tym sporcie takich, jak Czachor, Dąbrowski, Przyborowski i który, co dziwne, uwierzył we mnie.
To dzięki niemu zacząłem brać udział w zawodach motocyklowych.

 

 

Ty w siebie nie wierzyłeś?
Ja chciałem jeździć, ale to nie to samo, co wierzyć w siebie. Przyjechałem do stolicy, żeby zdać zawodówkę i mieć zawód. Oczekiwania innych wobec mnie były takie, żebym zrobił chociaż to. Nikt jednak nie myślał, że mogę osiągnąć coś poza tym. A tu nagle, ktoś mnie pyta czy nie chciałbym spróbować realizować się na torze. Co więcej prawie w ciemno, zainwestował we mnie. Specjalnie dla mnie kupił 10-letnią Aprilę RX 50, włoska produkcja, maszyna do jazdy terenowej. Normalnie szok!

 

 

Niekiedy jednak się jedzie
Jak się z tym czułeś?
No, szok! Oczywiście fajnie, super, jak ktoś w ciebie wierzy, ale strasznie zarazem.

 

 

Strasznie? Czego się bałeś?
Że zawiodę. Bałem się, że nie będę wart tej całej inwestycji i że rozczaruję P. Leszka.

 

 

Na szczęście strach nie wygrał…
A, no nie. Chyba silniejsza była chęć jeżdżenia.

  

  

Ok., ale zaraz, dostałeś motor i co dalej, od razu wystartowałeś w zawodach?
Nie, nie od razu. Najpierw musiałem wyremontować maszynę, przystosować ją do siebie i na potrzeby rajdowe. Trzeba było np. zmodyfikować silnik, zawieszenie. W Aprilii zawieszenie było zbyt miękkie na taką jazdę, z tak miękkim zawieszeniem łatwo można sobie kręgosłup uszkodzić, więc musiałem zająć się remontem. Remontowałem ją sam, szef dokupywał wszystkie części. Oj, masa pieniędzy na to poszła. Ale po miesiącu motor był gotowy i mogłem zacząć ćwiczyć. Jeździłem na torze motocyklowym przy Badylarskiej przez około miesiąc. W międzyczasie szef zabierał mnie na zawody, żebym mógł się poprzyglądać, jak to się wszystko odbywa. Potem jakimś cudem znalazł sponsora, który ufundował mi całe umundurowanie potrzebne zawodnikowi startującemu w rajdzie i… pojechałem. Mój pierwszy „wyścig” odbył się w Łubienicy.

   

  

Jakub Gwara i dumni ze swojego podopiecznego komendant 7-22HP Wiesława Wiśniewska oraz wychowawca Rafał Grodecki
Jakie były twoje pierwsze wrażenia?
To był akurat tzw. cross-country czyli połączenie Enduro z Motocrossem czyli mówiąc w wielkim uogólnieniu połączenie techniki jazdy (trudny teren-red.) z szybkością (jazda na czas-red.).
W Łubienicy zawody odbywały się na terenie byłej żwirowni. Gdy dojechaliśmy na miejsce zobaczyłem ogromne doły, koleiny do kolan, błoto takie, że można w nim było motor utopić i do tego ostre podjazdy do 200 m w górę i w dodatku po sypkim, piaszczystym terenie.
Oj, miałem pietra. Pół godziny przed startem nosiło mnie, a ręce tak mi się trzęsły, że bałem się, iż kierownicy nie utrzymam.
I oczywiście pojawiały się wątpliwości: „co będzie, jak nie dojadę, co jeśli się poddam? Szef opłacił sprzęt, paliwo, lekarza, wpisowe… co jeśli zawiodę?”.

 

 

I jak się z tym uporałeś?
Myślę, że to samo, co przeraża może nas równie silnie zmobilizować. Tak właśnie stało się w moim przypadku. Postanowiłem, że wystartuję i dam z siebie wszystko, i po prostu ruszyłem przed siebie. Przez 1,5 godziny ostro pracowałem, aby ukończyć rajd i dojechać do mety.

 

 

Dojechałeś?
Dojechałem, ale nie obyło się bez przygód.

 

 

Co się stało, upadek, kraksa?
Nie, no skąd, nie mówię tu o wywalaniu się, to przecież normalne na takich rajdach. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam ile razy się wywalałem, na pewno 30, po 30 upadku przestałem liczyć (śmiech). Najbardziej bałem się, że utknę w piachu lub błocie, i że w taki sposób, zupełną porażką, zakończę mój pierwszy występ. I niestety wykrakałem. Faktycznie motor mi ugrzązł w błocie, które go przyssało i… nie mogłem się ruszyć z miejsca. Byłem w takim szoku, że nawet nie poznawałem kolegów, którzy wylądowali obok mnie, w podobnej sytuacji. Choć na takich zawodach, rzadko się zdarza, że któryś z rywali Ci pomoże, bo jest zażarta walka o czas, a udział ludzi z zewnątrz jest niedozwolony, co oznacza, że w każdej sytuacji, awarii maszyny, musisz sobie radzić sam, jeśli nie chcesz być zdyskwalifikowany, to jednak tym razem jeden z kolegów zlitował się nade mną i pomógł mi wyciągnąć motor z błota. Dzięki temu mogłem kontynuować wyścig.

 

 

Rozumiem, że metę przekroczyłeś z impetem?
Też nie do końca. 10 minut przed końcem trasy, jeden gość rąbnął we mnie z całej siły, w wyniku czego tarcza sprzęgła zablokowała mi się w koszu. Mogłem jechać co najwyżej 5 km/h. Dojechałem do mety, ale z pewnością trudno tu mówić o imponującym zakończeniu.

 

 

Ale nie poddałeś się, dotarłeś do końca, to chyba coś?
To prawda, banana miałem tego dnia, jak nigdy.

 

 

Banana?
W sensie – uśmiech nie schodził mi z twarzy. Cieszyłem się. Szef też był zadowolony. Po drugim dniu zawodów, kiedy już wracaliśmy do Warszawy zapytał mnie tylko, czy nadal mi się to podoba. To logiczne pytanie, bo kiedy ktoś ma jakieś wyobrażenie o rajdach motocyklowych, a potem przychodzi mu zmierzyć się z rzeczywistością, która wygląda m.in. tak, że więcej ten motor pchasz i się z nim szarpiesz, niż na nim jeździsz, to można się zniechęcić, ale mnie się spodobało i tak też odpowiedziałem szefowi.

 

 

A co w tym jest takiego fascynującego?
Adrenalina, zabawa, przygoda, chęć sprawdzenia się z innymi, chęć wygrania… No i mam, prawie za darmo coś, za co inni płacą niezłe sumy – kąpiele błotne (śmiech).

 

 

Jesteś typem ryzykanta?
Raczej nie, dlatego też nie uprawiam freestyle’u. Jestem raczej z tych, co cicho siedzą, ale robią swoje. W tym sporcie bardziej mi się podoba to, że trzeba mieć upór, wytrzymałość i doskonalić techniki jazdy, niż inwestowanie w ryzykowne akrobacje. Mam świadomość, że ryzykanctwo może się źle skończyć. W najlepszym wypadku złamiesz rękę i wypadniesz z rajdowego obiegu minimum na rok, w najgorszym… wiadomo. To nie dla mnie.

 

  

Wszystko to brzmi bardzo rozsądnie, ale powiedz mi taką rzecz. Masz praktyki zawodowe, które jak słyszałam, odbywasz niestandardowo, bo spędzasz na nich, zresztą na własną prośbę, przynajmniej dwa razy więcej czasu, niż twoi koledzy. Dodatkowo trenujesz, i bierzesz udział w zawodach. Czy związku z tym masz jeszcze czas na naukę? Przyznaj się, jak Ci idzie w szkole?
No tak, pod tym względem wielkich osiągnięć nie mam, ale cóż, prawda jest taka, że filozofem raczej nie zostanę. Staram się jednak nie zawalać szkoły i zaliczać na bieżąco każdy semestr. Na razie mi się to udaje. Myślę też, że przez ten czas, od kiedy jestem w Warszawie i praktykuję u P. Leszka Gontarczyka, zmienił się trochę mój stosunek do nauki.

 

 

To znaczy?
T
o trudno wyjaśnić… ale może odpowiem tak. Szedłem jakiś czas temu ulicą i obserwowałem wychodzące z jakiejś knajpy dziewczyny. Zachowywały się co najmniej dziwnie, jak dla mnie zbyt hałaśliwie, jakby koniecznie chciały zwrócić na siebie uwagę. Tylko dlaczego w taki sposób? – zastanawiałem się – W sensie, że tak negatywnie. I wtedy sobie pomyślałem: „kurcze, nie chciałbym mieć głupiej dziewczyny”. Jakiś czas później znów mnie coś naszło na refleksje: „no dobrze, ale jak nie chcesz mieć głupiej dziewczyny, to sam też musisz, coś sobą reprezentować”. I tak, idąc tą myślową ścieżką, doszedłem do wniosku, że chcę się dalej uczyć. Dlatego po skończeniu zawodówki, planuję zacząć naukę weekendową w liceum.

 

 

I będziesz nadal startował w wyścigach?
Bardzo bym chciał, ale to zależy od funduszy. Bo ten sport kosztuje. Oczywiście jak już masz na koncie jakieś znaczące wyniki, to wtedy łatwiej o sponsora, ale ja na razie raczej nie mogę na to liczyć. Tak więc wszystko zależy od tego czy będzie mnie na ten sport stać, no i przydałoby się w końcu zrobić prawko.

 

 


Co?! Nie masz prawa jazdy i jeździsz na motorze?
(śmiech) Jeżdżę na motorach o silniku do pojemności 50 cm 3, a na nie nie jest potrzebne prawo jazdy, wystarczy karta. Jednak gdybym chciał wsiąść na szybszą maszynę, to legalnie (śmiech) już nie mogę. Tak więc prawo jazdy jest potrzebne, tylko znów… pieniądze.

 

 

A propos pieniędzy, jak Ci się w ogóle udaje przeżyć w Warszawie? Rozumiem, że mieszkasz z siostrą, więc nie płacisz za mieszkanie, ale…
Nie, no z siostrą już nie mieszkam. To było na początku mojego pobytu tutaj. Teraz wynajmuję pokój i płacę za to prawie 700 zł miesięcznie. Na szczęście mama dokłada mi te 280 złotych, więc resztę jakoś daję radę uzbierać, choć faktycznie lekko nie jest.

 

 

Mimo wszystko i tak się dziwię, ponieważ wielu twoich rówieśników narzeka,  że na praktykach zawodowych zarabia się grosze, a co dopiero utrzymać się za to.
To chyba zależy jak się pracuje. Oczywiście ja mam też świetnego pracodawcę, który pozwala mi się wykazać i uczciwie płaci za wykonaną pracę. Ale nie oszukujmy się, kasa nie spada z nieba i za darmo nic nie ma. Ja na przykład staram się każdą wolną godzinę spędzać w warsztacie. Inna sprawa, że to sprawia mi przyjemność, że po prostu lubię swoją pracę. Pewnie, gdybym został cukiernikiem, jak chciała mama i nie miał do tego serca, to może mówiłbym tak samo jak moi rówieśnicy. Na szczęście jest inaczej i nie narzekam. Co więcej z tego, co zarabiam udało mi się kupić motor, tym razem 18-letnią Hondę. Co prawda, żeby jeździła muszę jeszcze uzbierać na nową skrzynię biegów, ale tłumaczę sobie: „powoli, nie wszystko na raz”.

 

 

Co poradziłbyś młodym ludziom, którzy zaczynają swoją przygodę zawodową i chcieliby sobie radzić tak dobrze, jak ty?
Na pewno ważne jest to, żeby wybrać zawód, do którego będzie się miało serce, a potem uczyć się i pracować. Robiąc coś, co się lubi, łatwiej można realizować własne marzenia.
Mój osobisty sposób na życie, to wyznaczać sobie małe cele i konsekwentnie do nich dążyć.

 

 

A kiedy Ty patrzysz w przyszłość to, o czym marzysz?
Kiedy patrzę w przyszłość? Kiedy patrzę w przyszłość to widzę Dakar.

 

 

Rozmawiała - Izabela Marczak

drukuj stronę

Mazowiecka Wojewódzka Komenda
ul. Gałczyńskiego 4, 00-362 Warszawa
tel: (022) 827-21-54, 827-62-50, 862-32-17 fax: (22) 827-63-91
mazowiecka@ohp.pl
BIP

Młodzieżowe Centra Kariery   Mobilne Centra Informacji Zawodowej   OHP Dla Szkoły   Nadzór nad Ochotniczymi Hufcami Pracy
sprawuje Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Informacje o OHP
Inne serwisy
Na skróty - linki
Stronę internetową przygotowuje Mazowiecka WK OHP (napisz do nas). Prawa autorskie zastrzeżone © 2004